List do Gazety Wyborczej

List opublikowany został na łamach Gazety Wyborczej 21.5.2013 – dostępny jest tutaj

Szanowny Panie Redaktorze,
Przeczytałam Pana tekst z dnia 17 maja bieżącego roku znajdujący się na pierwszej stronie krakowskiej Gazety Wyborczej, podkreślam mojej Gazety Wyborczej, ponieważ jestem jej czytelniczką od czasów powstania. Piszę niniejszy list, ponieważ zaskoczyła mnie wyrażona, przede wszystkim przez retorykę i główne, zaprezentowane tam hasło, tęsknota za czasami, w których apelowało się do „Obywateli” w wyżej wymieniony sposób i traktowało się nas wszystkich jako zbiorowość. Wszyscy byliśmy zbiorowością, bez indywidualności, bez twarzy, bez osobowości, bez indywidualności. I ja byłam temu przeciwna, walczyłam o to, abyśmy odzyskali indywidualność.

Dlatego bardzo przykre jest dla mnie powracanie do tamtych czasów. To po pierwsze. Po drugie – bardzo dobrze rozumiem sytuację, w jakiej znajdują się media. Jest ciężko. Niestety, jest ciężko nie tylko w branży mediów. I nie wolno w związku z tym posługiwać się nieprawdą i myślowymi skrótami, nawet jeśli ta metoda przyniesie większą sprzedawalność gazety. Zresztą, moim skromnym zdaniem media mogą jedynie tracić, jeśli się wszystkie do siebie upodobniają. Przykładem tego upodabniania się do siebie jest traktowanie władzy ustawodawczej (rad miasta, powiatu), jako ciała zbiorowego. A przecież takie upokarzające skróty myślowe są charakterystyczne dla mediów tabloidowych, do których Gazeta Wyborcza przecież nie należy.

Nie jest prawdą, że między sobą się nie różnimy. Piszę w swoim imieniu, a nie wszystkich radnych dlatego też uprzejmie proszę Szanownego Pana Redaktora o obiektywizm w wypowiedzi. Nie jest prawdą, że w Krakowie nie dbamy i nie słyszymy głosu mieszkańców. Przecież to z naszego polecenia zostały rozpoczęte i przeprowadzone dwa stoły dialogowe: mieszkaniowy i edukacyjny. To my zaprosiliśmy mieszkańców do dyskusji. I było to wydarzenie na skalę Polski, ponieważ tak daleko i szeroko prowadzonej dyskusji, na tak ważne tematy do tej pory nie było. Uczymy się wszyscy dialogu – władza wykonawcza i mieszkańcy. My radni jesteśmy w środku. Możemy inspirować, zachęcać, pilnować regularności kontaktów.

W poprzedniej kadencji zaprosiłam do Krakowa Pełnomocnika do spraw organizacji pozarządowych z Warszawy – ponieważ według opinii był to bardzo dobrze sprawujący się urzędnik (wywodzący nota bene z owych organizacji). Zaprosiłam ponad 80 podmiotów (z czego około 60 przyszło) fundacji, stowarzyszeń i innych, aby zobaczyli i posłuchali urzędników z Warszawy, którzy świetnie sobie radzą (mam nadzieję, że jest tak w Warszawie do dzisiaj). Apelowałam do pana prezydenta o to, aby, jak najszybciej uruchomił możliwość pełnego kontaktu z organizacjami pozarządowymi.

Wspierałam i wciąż to robię teraz – zaistnienie budżetu obywatelskiego (zresztą napisałam parę tekstów dotyczących tego zjawiska, zachęcając władze do zastosowania). Dzięki wsparciu radnych (zapewne nie wszystkich) doszło do pierwszych konsultacji związanych z budżetem. Dołożyli się do tego entuzjastycznie nastawieni radni dzielnicowi (zapewne także nie wszyscy). I dziwi mnie Pana zdanie, że „rodzi się obawa, że w Krakowie budżet obywatelski pozostanie na poziomie dzielnic”. Nie wiem na jakiej podstawie to Pan wnioskuje. Sami inicjatorzy budżetu, z którymi współpracujemy, postanowili zrobić pilotaż w paru dzielnicach, aby na tej podstawie nauczyć mieszkańców Krakowa, czym jest ów budżet.

Szanowny Panie Redaktorze: uczestniczę w spotkaniach mieszkańców, przyjmuję setki ludzi na dyżurach, jestem otwarta na ich koncepcje. Słucham ich, staram się wprowadzać różne formy dialogu z mieszkańcami (czego przykładem niech będzie pytanie o przestrzeń publiczną na Rondzie Mogilskim z akcją „Wyspiański na Mogilskim”). I nie rozumiem, dlaczego mnie i wiele moich koleżanek i kolegów radnych, którzy są bardzo otwarci na współpracę, którzy popierają akcje społeczne – wrzuca się do jednego worka? Pan zapewne Panie Redaktorze, też nie chciałby wysłuchiwać uwag dotyczących potocznych opinii określających predyspozycje, czy tez warsztat wszystkich dziennikarzy, ponieważ nie jesteśmy wszyscyśmy z jednego szynela.

Przykre i niesprawiedliwe jest wykorzystywanie efektów pracy ludzi przeciwko nim. I to wtedy, kiedy jest to praca, której poświęcają swój zapał, czas, energię. To, zapewniam Pana, działa antymotywująco. Proszę więc o to, abyśmy nie stosowali uogólnień, abyśmy widzieli prawdziwy obraz tego, co się dzieje, abyśmy zachowali indywidualną odpowiedzialność za czyny. Nie jesteśmy nauczycielami, dziennikarzami, lekarzami w ogóle, ale ludźmi, którzy wykonują pracę nauczyciele, dziennikarza, lekarza. I chcemy być oceniani za to, co my robimy, a nie za pracę innych.

Z szacunkiem
Małgorzata Jantos