Miasto mecenasem

Mecenat polega na opiece wpływowych i bogatych miłośników i amatorów literatury i sztuki nad twórcami. Na ogół wiąże się to z finansowym wspieraniem tych artystów i ich poczynań. Tyle mówi nam informacja, którą możemy odnaleźć w słowniku.

Samo określenie wywodzi się od nazwiska Gajusza Cilniusza Mecenasa, który swojego dużego majątku używał dla hojnego wspomagania współczesnych mu twórców. Jako zwolennik wprowadzanego przez Oktawiana Augusta nowego ustroju, starał się wpłynąć na twórców, aby użyli swych talentów w interesie tworzącego się systemu władzy. Temu celowi przyświecały inspirowane przez Mecenasa Georgiki Wergiliusza, propagujące popierany przez Oktawiana nawrót do starorzymskich wartości życia wiejskiego. Był więc Mecenas prekursorem mecenatu politycznego.

Można mówić o różnych rodzajach mecenatu, o różnych zadaniach stawianych przez artystom przez protektorów, o mniej lub bardziej skomplikowanych ich wzajemnych stosunkach. Najbardziej intensywnie rozwinął się w czasach odrodzenia. Wtedy to mecenat publiczny reprezentowany był przez instytucje państwowe takie jak: florencka Signoria czy Rada Dożów Weneckich oraz lokalnych władców. Dzieła służące ogółowi społeczeństwa zamawiały także bractwa, kongregacje i cechy. W stosunku do prywatnych zleceń państwowych było zdecydowanie mniej, miały też inny charakter. Na ogół były to zakrojone na większą skalę przedsięwzięcia, niejednokrotnie swym rozmachem przypominające roboty publiczne, trwające kilka, a nawet kilkadziesiąt lat, wymagające współpracy wielu artystów. Władze miast bardzo często, oferowały kontrakty wieloletnie artystom, mającym kierować całością robót.

Mecenasi w doborze artystów i dzieł kierowali się różnymi względami. Wielu klientów nabywało dzieła, aby zaspokoić własne ambicje i potrzeby. Izabela d’Este kupowała je z miłości do sztuki oraz dla samej przyjemności ich posiadania. Podobnie Augustyn Chigi – słynny bankier, zgromadził liczną kolekcję dzieł, ponieważ „…natury samej kochał artystów i ich dzieła”. Dzieła sztuki podnosiły prestiż swych właścicieli, świadczyły o ich zamożności i zajmowanej pozycji społecznej.

Przykładów można mnożyć wiele, wśród nich szczególne miejsce zajmuje florencka rodzina Medyceuszy, której członkowie od wielu pokoleń zajmowali się mecenatem. Wywodzący się z tego rodu papież Leon X był jednym z najhojniejszych mecenasów. Swym patronatem objął wielu artystów. Między innymi Rafaela. Analiza wzajemnych relacji pokazywała, że artysta był zależny od swoich protektorów. Mecenasi posiadali pieniądze, a te z kolei dawały im władzę, która stawała się magnesem przyciągającym rzesze rządnych sławy i zaszczytów artystów. Jeżeli przyjmiemy, że dla artystów sztuka stanowiła przede wszystkim źródło utrzymania, to zależności między nimi a protektorami wydają się oczywiste. Pomimo znacznej ingerencji protektorów w tworzone dzieła w żadnym okresie nie powstało ich tyle wielkich jak właśnie w Odrodzeniu.

Dawny mecenat dworski, królewski, magnacki, kościelny (szczególnie papieski) zastąpiły w czasach współczesnych formy opieki sprawowanej przez wyspecjalizowane instytucje społeczne, np. fundacje państwowe i prywatne. Także państwo, czy też samorządy stały się mecenasami sztuki. I znów tutaj pojawia się ta sama zasada: artyści tworzą za pieniądze mecenasów, którym jest na przykład miasto. Miasto zaś chce tym samym pokazać jakich ma twórców, ale także w jak pięknym mieście wszyscy mieszkamy. Powstaje wiele programów mających na celu pokazanie szczególnych uroków Krakowa. Mówimy „twórca X dostał wsparcie podatników naszego miasta, ponieważ postanowił Kraków uwiecznić w swojej twórczości”.

Jeśli w starożytności czy też w odrodzeniu, baroku czy oświeceniu mecenas zlecał wykonanie dzieła – artyście chciał, aby powstało genialne dzieło, ale także życzył sobie, aby na przykład obiekt uwieczniany przez artystę był wart uwagi odbiorcy i zapewne, aby był tak przedstawiony ciekawiej i piękniej. Zamożni bankierzy życzyli sobie, aby ich żony czy kochanki miały piękniejszą, niż w rzeczywistości cerę, łagodniejsze oczy, bujniejsze włosy i biusty. I tak powstawały dzieła warte dzisiaj miliony dolarów, miliony euro, którym poświęca się tysiące napisanych książek i które uważa się za dzieła wybitne.

Dlaczegóż więc dzisiejsi mecenasi, jakimi są przede wszystkim miejscy urzędnicy (dysponując pieniędzmi podatników) – szanując autonomię i geniusz twórców nie mogą sugerować, aby nasze miasto, tak, jak kiedyś renesansowe kochanki ówczesnych mecenasów – było pokazywane z perspektywy miasta wartego odwiedzenia, zainteresowania.. Można pokazać Kraków, jako urocze, tajemnicze, smutne lub zabawne miasto, ale też można pokazać jako cuchnące, z paskudnymi ulicami, obskurnymi klatkami schodowymi. No właśnie, jak daleko można być paternalistycznym mecenasem, a jak daleko można szanować autonomię artysty.

Powstaje jeszcze kolejne pytanie: czy kiedykolwiek mecenat w czasach renesansu zapłaciłby za portret swojej kochanki, której artysta, bazując na swoim natchnieniu, namalował zeza, pryszcze i przywiędły biust? Wtedy zapewne artysta nie dostał gaży, a Kraków – Kraków płaci za swoje portrety wykonane niedbale, pokazujące miasto ohydne i odrażające.
I żal, że jednak powstają portrety Paryża, Londynu, Wenecji, gdzie odbiorcy filmu, obrazu myślą: wartałoby to zobaczyć, a portrety Krakowa takich potrzeb zapewne nie prowokują.